Do domu

.

Photos Rej Club 20ème Anniversaire cliquez

Spotkanie autorskie z Markiem Bieńczykiem na tegorocznym Salonie Książki"

W noc poprzedzającą Salon Książki spadł śnieg. RejClub rzucał się śnieżkami, ale ostrożnie, żeby nie zamoczyć książek, które w kartonach z Krakowa jak w blokach startowych czekały na swoje pięć minut na stoisku polskim. Kiedy impreza się rozpoczęła, rzeczywiście przeleżały na wystawie niewiele dłużej, bo tłumy odwiedzające Festiwal zamiast na catchupa grelhada czy café com Cheirinho rzuciły się na najnowsze tłumaczenia Olgi Tokarczuk. Stratowania uniknęliśmy tylko dzięki temu, że wirus Korony Królów – czy jakoś tam – odstraszył wielu zainteresowanych. Marek Bieńczyk wylądował zaraz po samolocie z Mediolanu. Nie wiemy, jak pasażerowie w maseczkach, bo nie było widać, ale nasz gość przybył do Luksemburga z pogodnym uśmiechem i jeszcze pogodniejszą małżonką. Spotkanie autorskie potoczyło się w znanej scenerii: kwiaty na podium, do tego woda – dla gościa lub dla kwiatów – i utwierdzone tradycją rozważania, czy z mikrofonem, czy bez. Atmosfera spotkania okazała się na tyle ciepła, że bez mikrofonu. Pan Marek opowiadał o esejach. Zdradził, że napisał i powieści, ale tak naprawdę trudno je odróżnić od eseju. Kiedy rozmowa zeszła na temat melancholii, poczuliśmy, że płyniemy po oceanie: między tropikalnym blaskiem a głębiną rozpaczy. Nie tylko słowem, ale i całym sposobem bycia gość przekonał nas, że bliżej mu do jasnej strony melancholii, która napędza do odrapywania istnienia z tego, co da się zbyć stanowczym „eeeetam”. Ku naszemu zdumieniu często machał ręką na wzmianki o winie. Jako pierwszy i najbardziej znany enolog w Polsce przyznał, że wino nie jest czczym gadaniem snobów, ale służy pięknemu słowu, a ono z kolei daje prawdziwe bycie razem. Nie otwiera się przecież dobrego rocznika dla siebie. Na odrębny wniosek rejclubowej mniejszości, by przyjaźń cementować piwem lub wódeczką, odparł, że liczy się rezultat, a nie koło aromatów, bukiet czy pełnia. Po takim dictum „Wszystkie kroniki wina” rozeszły się jak świeże bułeczki, bo nie tyle o samym winie traktują, ile o tym co wokół, co najpiękniejsze. Wieczór przedłużył się kolacją. Żołądki napełniły się strawą i winem, które Pan Marek dobrał ze znawstwem, a dusze uczestników spotkania – inspiracjami i tropami lekturowymi. I tylko zasypialiśmy z lekkim ukłuciem żalu, że na wszystkie polecane książki niełatwo znaleźć czas i siły. Adam Wiejak